Zastanawiałam się długo pisać o tym, nie pisać, ale jednak. Czasem w naszym życiu dzieje się cos, czego zupełnie się nie spodziewamy, zaskakuje nas, rani i bardzo doświadcza. Tak też było ze mną i choć od tych wydarzeń minęło już  kilka lat to i tak one wracają, jak bumerang.

10 października 2010, wieczór ja w 9 tygodniu ciąży, nagłe zasłabnięcie i potem niewiele z tego pamiętam. Wszystko działo się tak szybko, kiedy usłyszałam te słowa, których wolałabym nigdy nie usłyszeć.

Proszę Pani, niestety muszę potwierdzić najgorsze, straciła Pani dziecko, ciąży już nie ma. Musimy Panią wyłyżeczkować. A ja czuję, że opadam z sił, a łzy spływają mi po policzkach. Nie mogę nad tym zapanować.

Jestem w szoku. Szpital, zabieg, pobudka ok. 6.30 i dźwięk, który towarzyszył mi bardzo, ale to bardzo długi czas. Sama nie wiem, jak to przetrwałam, nie było lekko. Po zabiegu, z którego nic nie pamiętam, ocknęłam się dopiero w sali, wśród „kobiet z brzuszkami”. Nic więcej nie pamiętam! Może i lepiej. Nie wiem co się ze mną działo przez te kilka godzin. Tylko to, ze dopiero co po poronieniu, narkozie i zabiegu,  obudziłam się wśród przyszłych mam, dwie z nich podłączone do ktg. Słyszę bicie serduszek ich dzieci i powoli umieram. Umiera jakaś cząstka mnie, ja niestety nie zdążyłam posłuchać bicia serca mojego nienarodzonego dziecka. Zawala się mój cały świat, mimo iż w domu czeka na mnie 10-letni syn.

Do dziś pamiętam sny, jakie miałam. I ten koszmar, który wracał prawie co noc. Pamiętam, jak Paweł mnie wtedy uspokajał, przytulał i pocieszał. Jednak ja wtedy potrzebowałam tylko spokoju i ciszy. Wiem, że zachowywałam się czasem strasznie i dziękuje mu, że wytrzymał wszystkie moje humory i nastroje. Jemu pewnie wtedy też nie było łatwo, ale ja chyba byłam za bardzo skupiona na sobie, żalu, jaki miałam do świata i do losu.

Trwało to naprawdę długi, długi czas i wydawało mi się, że jak po 2,5 roku znowu udało mi się zajść w ciążę, myślałam, że Jaś mi wynagrodzi wszystko. Jednak nie jest, pomimo iż mam 2 naprawdę wspaniałych synów, których bardzo kocham, jednak każdy 10 dzień miesiąca jest dla mnie wspomnieniem. Wspomnieniem maleńkiej istotki, która zamieszkała pod moim sercem i tak szybko odeszła. Dziś na pamiątkę mam tylko 1 zdjęcie, usg. i list, który kilka lat temu napisałam. Nie wiem, czemu to trzymam, ale nie umiem tego wyrzucić.

Jak żyć po poronieniu?- kiedy demony przeszłości wracają

I nawet teraz po kilku latach, mimo iż mam cudowne dzieci wspomnienia wracają . Wracają w snach, na ulicy kiedy mijam małe dzieci, kiedy jestem na cmentarzu, w sklepie. Często budzę się w nocy spocona, a potem długo nie mogę zasnąć. Dziś znowu miałam sen, śniła mi się dziewczynka z jasnymi lokami i trzymała mnie za rękę. Byliśmy nad morzem, szliśmy plażą , a  ona coś do mnie mówiła, jednak ja nie słyszałam jej głosu. Wiecie, do dziś nie umiem sobie z tym poradzić, wiem, że takich wspomnień i wydarzeń nie da się wymazać z pamięci. Nie da się zrobić resetu i zapomnieć. Wiem, że takich kobiet jak ja są miliony na świecie i każda z nas przeżywa swoją tragedię na własny sposób.

Być może wśród rodziny, znajomych macie takie osoby jak ja, i wierzcie mi, że nie da się tego zapomnieć i wymazać z pamięci. Wiem, że czasem chce się takiej osobie pomóc tylko nie wiadomo jak. To jest na pewno ciężki czas dla wszystkich bliskich, jednak warto obok tej osoby być, czasem tylko być nic nie mówiąc. Inną sprawą jest traktowanie kobiet po poronieniach w szpitalach, w których naprawdę nie ma czegoś takiego jak współczucie, empatia. Bo przecież jak można kobietę po poronieniu położyć w sali z przyszłymi mamami.

Jeżeli jesteś  mamą Aniołka, a masz wokół siebie bliskie Ci osoby i dzieci oddaj im, każdą swoja wolną chwilę. To co było już nigdy się nie wróci. Nie warto wymazywać go z pamięci, bo się nie da, ale warto poświęcić czas swoim bliskim.  Mogę tylko napisać, że po latach pamięć o mojej małej kruszynce, której niedane mi było poznać, wciąż jest żywa. Nie umiem zapomnieć i nie staram się tego robić, choć być może przyniosłoby mi to ulgę.  Niektórzy pojawiają się w naszym życiu i szybko odchodzą, ale  czekają na nas gdzieś tam…Moje serce jest rozdarte, a czas tych ran nie goi ….. Nie wiem, czy ten wpis przyniesie mi ulgę, ale musiałam to z siebie wyrzucić.

„Bose aniołki siedzą na chmurkach,
A każdy lekko jak piórko fruwa
I każdy czuwa, cichutko czuwa
Nad tatą, który płakać nie umie, nad siostrą-bratem, która nic nie rozumie,
Nad dziadkiem, babcią smutną czasami i swoją mamą -osnutą łzami
I każdy woła cicho z daleka: mamo już nie płacz, mamo ja czekam…”

 

Jak przetrwać taką tragedię i jak żyć dalej? Nie wiem.  W jaki sposób można być wsparciem i pomocą dla rodziców, którzy stracili dziecko.   Warto być gdzieś blisko.

*Wiersz napisany przez „Aniołkową mamę”  znalazłam go, gdy  sama szukałam wsparcia i pocieszenia. 

12 thoughts on “Jak żyć po poronieniu?- kiedy demony przeszłości wracają”

  1. Bardzo smutny wpis… Współczuje…Nie byłam w podobnej sytuacji,mam znajomą,która coś takiego przeżyła… Sama musiała 16 godzin rodzic swoje dziecko w piątym miesiącu. Dziecko owinęło się pępowiną. Bardzo jej współczuje,będąc mamą domyślam się co mogła czuć,jednak nie umiałam z nią o tym rozmawiać w takiej sytuacji nie ma dobrych słów. Bo przecież mówiąc,że wiem co czuje ? To wiem,że guzik wiem…. Mogę jedynie się domyślać,a mówiąc nie przejmuj się postaracie się o kolejne uważam za absurd,bo tak naprawdę żadne dziecko nie zastąpi jej tego dziecka zawsze będzie o nim myślała… bez względu na wszystko 🙁 To tak jakby powiedzieć wdowie po śmierci Męża… nie przejmuj się będziesz miała następnego Męża… Niesprawiedliwy jest ten los…. przecież jest tyle złych matek co zabijają swoje dzieci im takie rzeczy nigdy się nie przytrafiają 🙁

    1. Tak nie ma dobrych słów w takich momentach. Nawet Ci którzy nas kochają nie potrafią pomóc. Ja właśnie usłyszałam słowa będziesz miała następne od lekarza na obchodzie .

  2. Radzilabym Ci sie udac na dobra psychoterapie. Nie spowoduje ona tego, ze zapomnisz, ale moze spowoduje, ze bedziesz na te wspomnienie inaczej patrzyla. Latwiej Ci sie bedzie z nimi zylo. Z tego co piszesz, to wciaz krwawiaca rana, ktorej nigdy nie zatamowalas. Blizna zostanie na zawsze, ale nie mozesz sie tak meczyc. I siebie, i otoczenia (ktore napewno w mniejszym lub wiekszym stopniu to odczuwa). Z doswiadczenia wiem, ze nie wszystkie rany goi tylko czas. Bywa tak, ze z czasem moze byc lepiej przez jakis czas, ale potem nadchodzi kolejna fala bolu. Gorszego. Do tego moga dojsc wyrzuty sumienia, ze na jakis czas sie zapomnialo. I jest jeszcze gorzej.
    Psychoterapia uczy zyc po przejsciach. Uczy jak byc mimo wszystko bardzo szczesliwym i…pamietac. Uczy JAK pamietac. Naprawde polecam….
    Trzymam kciuki i pozdrawiam

    1. Myślę żę taka pomoc jest mi potrzebna , może rozmowa z kimś obcym w jakiś sposób przyniesie ulgę . Może trzeba faktycznie pomyśleć żeby zrobić coś w tym kierunku i pomóc i sobie i bliskim . Dziękuję

  3. Czytam Twoje słowa i zalewam się gorzkimi łzami, które wypalają oczy. To cierpienie o którym piszesz jest nie do opisania… a jednak spróbowałaś. 5 lat. Czy to już wystarczająco dużo, by zacząć o tym mówić? Każda „porażka” boli jeszcze bardziej i wydaje się być tą nie do przeżycia… a jednak.

    Cieszę się Twoim szczęściem Kochana

  4. Doskonale Cię rozumiem jestem jedną z tych wielu kobiet które przez to przeszły, mówię przeszły bo ja się pogodziłam inaczej bym zwariowała, straciłam troje dzieci w 12 tyg, 6 tyg. A ostatnie miesiąc temu w 7 tyg z usunięciem jajowodu – ciąża pozamaciczna. Odchorowałam, przepłakałam, ale się pogodziłam nie rozpamiętuję, co by było… mam syna 6 letniego i to jest moje największe szczęście to on sprawia że wstaje rano. A co do opieki szpitalnej w takich sytuacjach szkoda słów. … Życzę ukojenia…

  5. Mogę tylko napisać że rozumiem. Boli. Minęło kilka miesiecy, wiele się zmieniło i zmieni, a ból dalej ten sam. Ja mialam to szczescie w nieszczęściu, że mój ginekolog, pielęgniarki cały personel szpitala, w którym się znalazłam był dla mnie, że mną i wspierał mnie. Może dlatego że znamy się zawodowo, ale mam nadzieję że innych też traktują z taką empatią. Sama na sali. Z dala od brzuszków. Już sam pobyt w szpitalu od tej drugiej strony, nie jako lekarz, a jako pacjent – koszmarny i bolesny do cna. Rozumiem i przytulam, bo nie umiem inaczej wesprzeć..

  6. Ja straciłam swoje dzieci w 17 i 19 tygodniu. Mimo, ze od pierwszej straty mienlo 2lata to pamietam wszystko, każdy drobny szczegół. Ta radość ze zostanę mama. I ten smutek i żal, ze nie zostanę… i to ktg w tle na sali szpitalnej .. przeszywało mnie jak jak milion igieł… teraz w lutym straciłam synka koszmar wrócił na nowo…. mogę tylko powiedzieć, ze nie ma dnia i godziny żebym o tym wszystkim nie myślała.. wszystko wraca dokładnie jak bumerang nikt ze mną nie rozmawia o tym… wczoraj bratowa urodziła synka dodam ze byłyśmy w podobnych tygodniach… i jak myśle ze ja za miesiąc mogłabym mieć swoje dziecko w ramionach to mi serce pęka….czuje straszna niemoc chciałabym się wygadać komuś z tego co przeszłam co czułam ale nie mam komu….bo lepiej jest milczeć… przykre to wszystko…😭🖤🖤🖤

    1. Przytulam Cie i nam nadzieje, że z każdym dniem będzie lepiej. Nigdy o tym nie zapomnisz, ale mam cucha nadzieję, że i Ty doczekasz się maleństwa.Tule Cię

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *